„Teraz jest teraz. I teraz jest najlepsze" - Monika, diagnoza raka piersi
„Lekarka powiedziała mi: 67%. Pamiętam, że pomyślałam: To chyba dobrze… to więcej niż połowa.”
Monika zawsze była w ruchu: pływanie, rower, boks, tenis, wspinaczka i Tatry, które od dzieciństwa były jej światem. Rak piersi potrójnie ujemny zatrzymał ją nagle — jak znak stopu na autostradzie — odbierając siły i możliwość robienia tego, co kochała najbardziej. Przez rok jej życie skurczyło się do spacerów z psem i walki o każdy oddech. Później przyszło leczenie, immunoterapia i powoli wracała nadzieja.
Dziś w rozmowie z Heleną i Zuzą, studentkami uczelni VIAMODA, Monika mówi, że najważniejsza jest chwila obecna. A kolory wróciły: w postaci polnych kwiatów, wierzbówki z Tatr i marzeń, których nie odkłada już „na później”.
Rozmowa powstała w ramach kampanii społecznej "Sztuka Życia", realizowanej przez Fundację Zdrowego Postępu.
___
Helena: Jakie jest twoje hobby? Co lubisz robić dla siebie i co sprawia ci radość?
Monika: Uwielbiam ruch. Zawsze byłam dzieckiem, które nie mogło usiedzieć dwóch godzin nad książką — ciągle chciałam coś robić. Sport był w moim życiu od zawsze i dziś, w dorosłości, daje mi ukojenie. Lubię próbować nowych rzeczy. Trenowałam boks przez dwa lata, pływałam, pokochałam tenis. Wspinam się — na ściankach i w skałach. W tym roku chcę spróbować wspinania w Tatrach, jeśli ręka mi pozwoli.
Helena: Skąd ta miłość do gór?
Monika: Kiedy miałam cztery lata, byliśmy z rodzicami na Skrzycznem. Pod koniec wbiegłam na samą górę, uniosłam ręce i krzyknęłam: „Zdobyłam Skrzeczaste!”. Od tamtej pory góry to mój świat.
Zuza: Jest coś, czego jeszcze nie próbowałaś, a byś chciała?
Monika: Bardzo chcę jeździć konno. Kocham zwierzęta, a koń jest niezwykle wrażliwym zwierzęciem — papierkiem lakmusowym ludzkich emocji. To niesamowite, jak tak duże zwierzę może być jednocześnie delikatne. Oczywiście nie wchodzą w grę żadne baciki – wszystko musiałoby odbywać się w dużym komforcie zwierzęcia.
Z kolei mój narzeczony żegluje i też chciałabym spróbować tego sportu…bo dlaczego nie?
Helena: Czyli wybierasz takie sporty, w których można „popłynąć z wiatrem”?
Monika: Takie, w których można wyłączyć głowę i wyrzucić emocje. Nigdy nie było mi na przykład po drodze z bieganiem, bo wówczas myśli uciekają mi w przeróżne strony. Niekoniecznie te przyjemne. A nie umiem tego wyłączyć. Wracam z biegania nie tyle zmęczona fizycznie, co psychicznie.
Helena: Czyli uprawiasz sport bardziej dla ciała czy głowy?
I dla ciała, i dla głowy. Mój organizm zupełnie inaczej funkcjonuje, kiedy się ruszam: mam więcej energii, mam wrażenie, że jestem bardziej wypoczęta, mniej mnie boli. Kiedy przestaję, od razu czuję kręgosłup, kolana i tak dalej.
Teraz to też trochę testowanie możliwości, bo moje ciało bardzo się zmieniło. Ale mam dodatkową motywację: ruch w leczeniu onkologicznym jest bardzo ważny i może znacznie zmniejszyć ryzyko nawrotów.
Helena: I ten moment odcięcia się od wszystkiego wokół.
Monika: Tak. Sport jest dla mnie czymś w rodzaju medytacji, której nie umiem praktykować. Może ze względu na to, że jestem niecierpliwa. Mam za to swoją metodę na uspokajanie myśli: skupiam się dokładnie na tym, co robię w danej chwili. Gdy kroję pomidora, to skupiam się na jego strukturze, kolorze, ruchu mojej ręki. To mnie uspokaja.

Zuza: Sport towarzyszył ci w całym przejściu przez chorobę. Miałaś momenty, kiedy po prostu nie byłaś w stanie go uprawiać? Jak to na ciebie wpłynęło?
Monika: Tak. I to było bardzo trudne, bo ta ważna część mojego życia nagle zniknęła. Mimo że ruch jest ważny w leczeniu onkologicznym, ja nie byłam w stanie nic z tym zrobić. Chemię przeszłam na tyle ciężko, że wejście na trzecie piętro bez przystanków było po prostu niemożliwe.
Przez rok nie mogłam ruszać się sportowo. Miałam poczucie, że tracę nie tylko cele, ale także w jakiejś części moją tożsamość.
Helena: Co było w tym najtrudniejsze?
Monika: To, że cele — takie jak wspinaczka w Tatrach — nagle musiałam skurczyć do jednego spaceru dziennie z psem. Byłam wkurzona, było mi przykro. Bałam się, że to koniec tej części mojego życia.
Zuza: Miałaś wtedy jakieś wsparcie?
Monika: Tak. Mój narzeczony trzymał mnie przy życiu. Wbijał mi do głowy, że to tylko rok, że nic mi nie ucieknie. Obiecał mi, że wejdziemy na Mnicha — moją górę marzeń z dzieciństwa. Że jeśli tam wejdziemy, to będzie dowód na to, że moje aktywne życie się nie skończyło. I będzie tylko lepiej.
Zuza: A masz jakieś marzenia teraz, w dorosłym życiu?
Zawsze marzyłam o trekkingu wokół Annapurny. Kiedyś odkładałam to na później, bo zawsze było coś ważniejszego: praca, obowiązki. W chorobie dużo o tym myślałam i zrozumiałam, że nie da się w nieskończoność odkładać marzeń.
Nasz czas jest najcenniejszą rzeczą, jaką mamy. I jest nie do odzyskania.
Miałam wtedy dużo pretensji do siebie o to, ile rzeczy przesuwałam. Przyrzekłam sobie, że teraz poprowadzę moje życie inaczej.
Helena: Czujesz dumę ze swojej historii, że jesteś teraz w tym miejscu?
Monika: Wiesz co — dumy nie czuję. Nie myślę o sobie: „Jestem super silna, przetrwałam”. Raczej czuję wdzięczność. To największa emocja, która mi towarzyszy.
Jestem wdzięczna za ludzi, których mam w swoim życiu. Gdybym miała policzyć siłę i motywację, które miałam w trakcie choroby, to tylko dziesięć procent byłoby „ode mnie”. Dziewięćdziesiąt procent dostałam od nich.
Wsparcie ludzi jest niesamowitą siłą napędową. Nagle czujesz, że jesteś dla kogoś ważna. Wcześniej miałam wrażenie, że ludzie mnie nie zauważają. Zawsze miałam wrażenie, że jestem trochę niewidoczna. Myślałam: „Ciekawe, czy ktoś by się zorientował, gdyby mnie nie było”.
A potem nagle okazało się, że ludzie, których spotkałam w życiu na chwilę, dokładnie wiedzą, kim jestem. Piszą, wspierają. To było dla mnie niewiarygodne i bardzo poruszające. I to zmienia podejście do siebie: daje poczucie, że może jednak jestem coś warta, skoro ludzie mnie pamiętają.
Zuza: Gdybyś mogła być teraz w dowolnym miejscu na świecie, gdzie byś była?
Monika: Byłabym dokładnie tu, gdzie jestem.
W chorobie towarzyszyło mi zdanie, które chcę sobie wytatuować: „Teraz jest teraz”. To mi pomagało przetrwać trudne momenty. Teraz jest teraz. I teraz jest najlepsze.
Zuza: Masz już tatuaże, które coś dla ciebie znaczą?
Monika: Tak. Mam na ręce wierzbówkę — rośnie w Tatrach i jest symbolem mojej największej pasji, czyli gór. Mam też drugi tatuaż, linearny, przedstawiający dwie twarze. To pamiątka po depresji. Chorowałam na nią przez dwa lata, leczyłam się też farmakologicznie.
Lubię, kiedy tatuaże mają znaczenie. Ten przypomina mi, żebym była czujna — depresja wkrada się bardzo cicho i trzeba ją w odpowiednim momencie zauważyć. Czasem patrzę w lustro i się sprawdzam: czy wszystko jest okej.
Zuza: Mówiłaś o ogromnym wsparciu twojego narzeczonego. Jak to wyglądało na początku choroby?
Monika: Kiedy dowiedzieliśmy się o chorobie, ja byłam zamrożona. Kompletnie. A on przeczytał „cały Internet” o moim typie raka. Wiedział absolutnie wszystko. Chodził ze mną na każdą wizytę, rozmawiał z lekarzami, bo ja nie byłam w stanie. Najprostsze rzeczy mnie przerastały — nawet umówienie się do psychoonkologa. On brał to na siebie.
Marcin był i jest w każdej sekundzie mojej choroby i leczenia. Przy każdej wizycie u specjalistów, podczas każdego wlewu. Mimo że ogromnie to wszystko przeżył, obok mnie był jak skała zbudowana z pewności, że wyzdrowieję.
Zuza: Jak to wpłynęło na waszą relację?
Monika: Udźwignął to w sposób niewiarygodny. Mówi się, że nie choruje tylko osoba z diagnozą, ale cała rodzina — i to jest absolutnie prawda.
Dowiedziałam się później, że on codziennie rano wstawał i sprawdzał, czy ja żyję. Codziennie. A jednocześnie, kiedy się budziłam, widziałam go uśmiechniętego, zmotywowanego. Do dziś maluje mi rano barwy wojenne na policzkach, kiedy jeszcze leżę w łóżku.
Zuza: Miałaś też wsparcie przyjaciół?
Monika: Ogromne. Naprawdę mam wokół siebie niesamowitych ludzi.
Pamiętam moment, kiedy musiałam zadzwonić do przyjaciółki i powiedzieć jej o diagnozie. Bałam się, że zrobię jej tym krzywdę, bo kilka lat wcześniej straciła mamę, która chorowała na glejaka. I rzeczywiście, było to dla niej bardzo trudne — ale oni wszyscy przy mnie byli silni. Dopiero później dowiedziałam się, ile to ich kosztowało. Ile było łez, gdy traciłam ich z oczu.
Miałam i mam ogromne szczęście do ludzi. To jest w życiu moja największa wartość.
Helena: Co ta choroba zmieniła w twoim myśleniu o życiu?
Monika: Bardzo wiele. Kiedyś miałam potrzebę zrobienia czegoś spektakularnego — czegoś „wow”, żeby ludzie mnie zapamiętali. Teraz nie ma to dla mnie znaczenia. Mogę mieć totalnie zwyczajne życie. Naprawdę.
Najważniejsze jest to, z kim jestem i jak się czuję.
Na Boże Narodzenie złożyliśmy sobie z narzeczonym życzenia, żeby kolejny rok był… totalnie nudny.
Zuza: Co poczułaś w momencie diagnozy?
Że to się nie dzieje naprawdę.
Że to nie mogę być ja.
I że to niemożliwe, że ja już teraz umrę. Że to jest koniec.
Zuza: A co poza ludźmi, czy jest coś, co dawało ci siłę w najtrudniejszych momentach?
Monika: Myśl, że nie chcę, żeby moje życie tak się skończyło. Że nie mogę tego zrobić moim bliskim. Że chcę jeszcze bardzo dużo zrobić.
Na początku byłam przekonana, że umrę. Tym bardziej, że trafił mi się najtrudniejszy typ raka — trójujemny. Przed wprowadzeniem immunoterapii dawał bardzo małe szanse na przeżycie. Dopiero później dowiedziałam się, że dzięki immunoterapii te szanse są dużo większe.
Lekarka powiedziała mi: 67%. Pamiętam, że pomyślałam: „To chyba dobrze… to więcej niż połowa”.
Zuza: Czy był moment, w którym naprawdę chciałaś się poddać?
Monika: Tak. Po dziesiątym wlewie chemii miałam kontrolne USG. Wcześniej usłyszałam, że guz zniknął, że tej masy już nie ma. To było niesamowite.
A potem nagle okazało się, że w tym samym miejscu znowu coś jest. Prawie tej samej wielkości. Lekarze nie wiedzieli, czy to nawrót, czy coś innego. Onkolog powiedział: przerywamy chemię, robimy operację na cito.
I wtedy dowiedziałam się, że jeśli tak się stanie, wypadnę z programu immunoterapii — a ona dawała mi większe szanse na przeżycie i mniejsze ryzyko nawrotu.
Helena: Jak na to zareagowałaś?
Monika: Na początku się trzymałam. Ale jak tylko zobaczyłam Marcina, rozpadłam się na kawałki.
Nie pamiętam, żebym w dorosłym życiu aż tak płakała. Krzyczałam: „Dlaczego ja? Przecież nikomu nic złego nie zrobiłam”. Miałam wrażenie, że to jakaś kara.
I wtedy pomyślałam, że nie mam już siły. Że nie dam rady. Że nie chcę.
Helena: Co sprawiło, że jednak poszłaś dalej?
Monika: Marcin przypomniał mi, że obiecałam mu, że będę żyć. A ja dotrzymuję obietnic.
Helena: Co było dalej?
Monika: Zadzwoniłam do psychoonkologa. Potrzebowałam kogoś, kto mnie uziemi i spojrzy na to bez emocji. Usłyszałam, żeby skonsultować się jeszcze z innym lekarzem.
Poszłam na wizytę i onkolog powiedziała, że można zmienić leczenie tak, by nie wypaść z programu immunoterapii.
Helena: Ufałaś tej opinii?
Monika: Nie do końca. To była opinia jednej osoby, a ja przecież miałam cały zespół lekarzy. Ostatecznie zaufałam swojemu szpitalowi. Konsylium podjęło decyzję: przerwanie chemioterapii i operacja tak, jak wcześniej planowano.
Zuza: I co się wydarzyło?
Monika: Dwie godziny później zadzwoniła do mnie szefowa onkologii. Powiedziała, że zmieniają decyzję: że przychylają się do tej drugiej opinii. Że zostaję w immunoterapii.
Nie mogłam w to uwierzyć. Nikomu nie powiedziałam, że byłam na tej konsultacji. Okazało się, że lekarze sami się ze sobą skontaktowali.
To było dla mnie coś niesamowitego — taki efekt motyla. Gdybym wtedy nie zadzwoniła do psychoonkologa i nie poszła na tę wizytę, moje szanse znowu by spadły.
Zuza: Jak dziś patrzysz na tę sytuację?
Monika: Do dziś mam ciarki, kiedy o tym myślę. I czuję ogromną wdzięczność, bo wiem, jak bardzo ta decyzja była kluczowa.
Pomyślałam wtedy, że jest coś w eterze, co czuwa i decyduje. I że czasami możemy po prostu odpuścić — i zaufać zarówno losowi, jak i intuicji.
Często dopiero po czasie widzimy sens tych wydarzeń.
Dokładnie. Nieraz jest tak, że dostajemy trudne informacje, jesteśmy sfrustrowani, pełni emocji — a dopiero później widzimy, że to wszystko gdzieś nas doprowadziło. Że jesteśmy tu, gdzie mamy być.
Helena: Miałaś w życiu więcej takich momentów?
Monika: Bardzo dużo. Często było tak, że coś sobie wyobrażałam, potem droga była zupełnie pokręcona, a na końcu i tak trafiałam dokładnie tam, gdzie chciałam być. Może nie najprostszą ścieżką, ale jednak.
Helena: Czyli warto uważać, o czym się marzy?
Monika: Zdecydowanie. Oczywiście mówię to z lekkim przymrużeniem oka, ale na przykład zawsze miałam kompleks włosów: cienkie, proste, ciemny blond. Marzyłam o gęstych, kręconych. I nagle po chorobie… mam zupełnie inną fryzurę. Gęstą, krótką, która totalnie mi pasuje.
Helena: I chyba dodaje ci charakteru.
Monika: Wszyscy mi to teraz mówią. A ja nigdy w życiu nie odważyłabym się ściąć włosów na krótko. Bałam się, że będą wyglądać jeszcze gorzej. A tu jedno cięcie i… marzenie spełnione.
Zuza: Utrata włosów musiała być trudnym momentem?
Monika: Bardzo. To było dla mnie jedno z najcięższych doświadczeń. Ale moi przyjaciele i Marcin zamienili wybór peruki w coś na kształt pokazu mody. Przymierzałam różne modele, oni siedzieli jak publiczność i reagowali. To bardzo pomogło.
Zuza: A mimo to zdecydowałaś, że możesz iść do ślubu nawet bez włosów?
Monika: Tak. Pomyślałam: nieważne. Nawet jeśli będę łysa, założę wianek i będzie pięknie. Po prostu będę sobą.
W pewnym momencie uznałam, że nie chcę już niczego udawać. Że jestem, jaka jestem — i to wystarczy.
Helena: Szukasz też pozytywów w swojej historii leczenia?
Monika: Tak, nawet takich małych. Na przykład podczas chemioterapii miałam najlepszą cerę w życiu. Naprawdę idealną. To były takie drobne radości.
Zuza: A jeśli chodzi o ślub — macie już wszystko zaplanowane?
Tak. Bierzemy ślub w dworku nad wodą. Ceremonia będzie w altance przy jeziorku. Marzą mi się kolorowe, polne kwiaty — naturalne, trochę niedoskonałe, ale piękne.
To dla mnie ważna historia, bo kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że w ogóle dożyję takiego momentu jak ślub. A dziś tu jestem. I postanowiłam, że już nigdy nie będę myśleć w ten sposób. Zamiast tego wolę wyobrażać sobie dobre rzeczy.
I dlatego chcę tych polnych kwiatów: nieidealnych, prawdziwych, żywych. Tak samo jak ja. Bo nie czekam już na lepszy moment — ja wreszcie jestem tym momentem.

___
Odkryj "Sztukę Życia"
Kampania społeczna „Sztuka Życia”, realizowana przez Fundację Zdrowego Postępu, łączy postęp medycyny, siłę ludzkich historii i ich twórczą interpretację, by pokazać jak realnie zmienia się życie pacjentów i jak wiele znaczą dziś nowoczesne terapie onkologiczne takie jak immunoterapia. Więcej informacji na stronie: https://fundacjazdrowegopostepu.com/sztuka--ycia
